wszystkich świętych

Na Cmentarzu w końcu nie byłam. I tak nie ma mnie tam, gdzie są groby moich przodków. Jedynie dalszej rodziny kilka się znajdzie. Ale postanowiłam w ciszy pokomtemplować. O rodzinie, życiu i śmierci. Trochę mnie też motywuje wczorajsza rozmowa z Szopenem, nie powiem. Konstruktywna dyskusja bez frustracji buduje.

filmik pożyczony z mojajoga.worpress.com

Reklamy

jedzenie

każdy ma jakiś narkotyk i paniczne lęki. Jedni potrafią się z tym lepiej urywać, inni gorzej. Ja stres i nieszczęście zagryzam słodyczami – co oczywiście automatycznie powoduje kumulacje celulitowego tłuszczu w okolicy boczków czy ud. A teraz będąc na haju kadzidlanym muszę stwierdzić, że moje życie mnie przerasta.

Bynajmniej to nie ta powyżej wspomniana trauma. Spostrzeżenie takie małe jeno tylko.

Świat to chaos, który nie poddaje się władzy rozsądku. Plany tworzone przez rozum nie dają dobrego wyniku. Zawsze coś nawali, potknie się lub wyleje. Trzeba dostosowywać się ciągle zmieniających się warunków. Nieważne jakie są nasze zamiary. Z pewnością zderzą się z zamiarami kogoś innego. Posypią się iskry. Zwłaszcza, że ile ludzi, tyle subiektywnego postrzegania świata zewnętrznego, filtrów emocjonalnych, własnych doświadczeń, oczekiwań. Moja rezerwa wobec ludzi powoli zaczyna się zmieniać w strach. Niewiele brakuje aby zmieniło się to w fobię. O ile łatwiej by było! Ucieczka w fobie i szaleństwo daje takie możliwości. Zastanówmy się chwilę. Z naklejką szaleniec nikt nie napiętnuje od wykraczania poza granice przyjętych zachowań. Ta wielka wisząca nad głową tabliczka szaleniec z góry wrzuca nas na margines i nikt nie bierze nas poważnie. Super! <czysty sarkazm>

Zawsze jestem ostrożna wobec innych ludzi. Ograniczam moje zachowanie i słowa do minimum zwłaszcza wobec obcych. A potem ktoś otwiera mnie jak pudełko w którym powinny być czekoladki i nagle się okazuje że nigdy ich tam nie było. Niespodzianka! <sarkazm>

W tej powodzi obcych i moich emocji, ich życzeń i mojej próby dopasowania się do świata… zdaje mi się, że wszystko jest tak delikatnie zbudowane i łatwe do zniszczenia. Wszyscy mają zjebane rodziny i problemy wcale nie trywialne. Jedni płyną na swoich tratwach z nurtem, inni walczą z falą w jakimś obranym przez siebie celu.

Im więcej czytam komiksów, oglądam seriali i filmów, mdłej literatury mało skomplikowanej tym bardziej dostrzegam jak skomplikowana jest zwykła rzeczywistość. Jak my jesteśmy skomplikowani. Jak bardzo brakuje nam równowagi.Żeby zdobywać to, czego pragniemy, najpierw musi w naszym umyśle urodzić się PRAGNIENIE.

Co ja tu w ogóle robię? Po co żyję? Nie mam pragnień i chęci. Nie żebym chciała umrzeć, nie o to chodzi. Wegetacja też mnie nie zadowala zbytnio (choć ostatnio to jedyne co robię). Wszystkie krótkozasięgowe cele w stylu: skończyć studia, namalować obrazek, zrobić komiks. To wszystko już nie kręci. Nie daje mi napędu na dalsze działanie. Nie daje mi kopa do zrobienia czegoś. Rozlazłam się psychicznie. Przydałoby się, żeby się jakoś pozamiatać. Nie liczę, że ktoś za mnie to zrobi. Mogę liczyć na wsparcie bliskich, ale nie da się kogoś poskładać bez jego współpracy. Można mu dać słowa i obecność, ale sami odpowiadamy za siebie.

A ja straciłam chęci do robienia czegoś w moim imieniu, bo nie widzę celu. Śmieszne, że trzeba mieć cel, aby żyć.

Gloomy path throgh pitch black nothingness. To go you need your will. I lost my somewhere…