Nika

LABORATORIUM

nienarodzonych długa lista

zawieszonych na nitkach bólu

w otchłani strachu

wylęgarnia dusz

sklonowanych wieszczów

w poczekalni obłędu

jeszcze jedna kropla

w oceanie życia

 

autor: kanada

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Spojrzałam na zegarek. Sekundnik rytmicznie płynął po złotawej tarczy zegarka. Takiego, co to wygląda zawsze jakby miał 50 lat. Buuuhhmmm. Wzięłam głębszy wdech i przeczesałam krótkie, krzywo zafarbowane na rudo włosy. I tak nie będą chciały stać do góry. Mimo usilnych starań od dwóch dni układają się jakby ktoś je od garnka przyciął. Było zimno. Palce powoli sztywniały. Znów spojrzałam na zegarek. Minęła minuta. Cholera! Wstałam z ławki i ruszyłam bez celu chodnikiem w głąb parku. Zresztą, co to za park, cztery drzewa na krzyż pomiędzy dwiema ruchliwymi ulicami. Namiastka zieleni. Badyle wystające krzywo z ziemi. Torba z laptopem niemiłosiernie wbijała się w ramię. Jestem głodna. Rozejrzałam się dokoła. Żeby chociaż jakiś kiosk… Baton by wystarczył. Mojej figurze i tak już nic bardziej nie zaszkodzi. Jak na złość pusto. I po co ja wstałam o tej piątej?! A tak (znów poprawiłam włosy, starając się zapomnieć o torbie), musiałam wyjść zanim Klaudia wstała. I jeszcze ten ogón. O żeby mnie ktoś w dupę kopnął zanim następnym razem wezmę sobie obowiązkowe zajęcia uniwersyteckie przez Internet! Też wymyśliłam! Epiktografia Majów! (Przełożyłam wściekle torbę na drugie ramię) Mogłam przynajmniej dopić to tygodniowe mleko z lodówki… Pasteryzowane nigdy się przecież nie psuje…

Rzut oka na zegarek. Wskazówka, jak na złość, przesunęła się dopiero o pięć minut. Zrezygnowana usiadłam na kolejnej ławce i wbiłam wzrok w starą, trochę posuniętą kamienicę po drugiej stronie ulicy. Wyjęłam z kieszeni karteczkę (co było dość trudne biorąc pod uwagę zmarznięte paluchy) i po raz dziesiąty sprawdziłam adres. Nadal się zgadzał. Kto by przypuszczał. Ha! nie ma jak autoironia! Minęły trzy minuty. Nie cierpię swojego podejścia do czasu. Albo jestem o wiele za wcześnie (i wtedy wściekłam się o najmniejsze spóźnienie innych) albo przychodzę na styk. Ale wtedy wzrok przykleja mi się do tarczy zegarka i każda najmniejsza trudność w drodze do celu irytuje i złości (nie wiem jak mają inni, ale jadąc spóźniona autobusem zawsze trafię na korek, a taksówkarz się zgubi i tak dalej). Zimny wiatr owiał mi twarz, więc założyłam kaptur. Oczywiście to nic nie pomogło, bo przecież musi dzisiaj wiać akurat z tej strony, z której stoi mój przyszły dom! No po prostu…! Zazgrzytałam zębami i wstałam, bo zimno stawało się coraz dotkliwsze. Zerknięcie na zegarek – minęło 10 minut. Wspaniale! Od czterech godzin, nie chwila… Siódma, ósma, dziewiąta, dziesiąta… nie, dobrze, od czterech włóczę się po mieście marznąc. Po prostu moja inteligencja pobija wszystko na głowę! Rzuciłam okiem w stronę kamienicy. Ale musiałam zmienić mieszkanie… Tamten facet i cała ta sytuacja z Klaudią… Zapomnieć! Zacząć jeszcze raz! Przynajmniej nie jesteśmy na tej samej uczelni, to eliminuje kontakt na korytarzu… Dłużej już nie wytrzymam! Zebrałam się w sobie i ruszyłam w stronę budynku. Przez trawnik. Nie jestem proekologiczna. Trudno. Ulicę przeszłam raźnym krokiem (jak święta krowa i jeszcze jakiejś BM-ce się wryłam przed maskę) i całe przekonanie wypłynęło ze mnie przy klatce schodowej. Po raz jedenasty sprawdziłam adres. Bardzo dziwne, że się nie zmienił, przecież zwykle to urzędnicy przekręcają tabliczki, jak nikt nie patrzy. Westchnęłam i szybko wspięłam się po schodach, pod drzwi mieszkania nr 11. Mam jakiegoś pecha do tego numeru. Może dlatego, że się urodziłam 11-ego? Dobra, jest już prawie wpół do jedenastej (kolejny zibeg okoliczności, jakby ich ostatnio mało było), nie powinna spać. Sięgnęłam do dzwonka i zawahałam się. A jeśli śpi? Przecież się wkurzy… Ale z drugiej strony, stanie na zimnie wcale mi się nie uśmiechało. Jeszcze brakowało tego, że się rozchoruję. Babcia gotowa ekspresem przyjechać i chcieć się mną zająć… Zimny dreszcz przeszedł mi po plecach. Jezu zachowuję się jak panikara! Zadzwoniłam. Jak to jest, że czas teraz wydłużył się jeszcze bardziej? Jak znam życie, na pewno jest na to jakieś prawo Murphego…

Cisza za drzwiami wgryzała mi się w uszy. Nie ma nikogo? A może rzeczywiście śpi? No to zrobiłam wejście smoka. Postawiłam torbę na stopie (jeszcze chwila, a mnie przeważy) i nacisnęłam dzwonek jeszcze dwa razy. Niepokój wzrastał, tak samo jak adrenalina we krwi i drzwi w końcu się otworzyły. W oczy rzuciła mi się głównie pomięta, flanelowa koszula. Uśmiechnęłam się.

– Hej! Jestem Nika, nowa współlokatorka, – też musiałam się nieźle prezentować, krzywo, ale krótko obcięte czerwonawe (miejscami) włosy, kurtka żywcem zdarta z jakiegoś punka, torba – masówka, „niby-skórzana” z Tesco, czarne podkowy pod oczami i buty-bokserki potrzebujące gruntownej renowacji – mam nadzieję, że nie obudziłam, ale jeszcze chwila i bym przymarzła na stałe do ławki w parku. Podobno rano był mróz…

 

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: