Mietta

– Oj, żyjesz? – Massacio pochylił się dźgając dziewczynę końcem rzeźbionej laski. – Oj! Mietta!

Wyglądało to dziwnie. Choć biorąc pod uwagę tę ekscentryczkę… Westchnął. Spała z nogami zarzuconymi na jednym z podparć zdezelownaego fotela, ramię zgięte w łokciu przewiesiła przez tylke opracie, głowa pod dziwnym kątem zaczepiła o ramię, twarz zagrzebała w poszarpanej poduszce.
– OJ! MIETTA! – dźgnął mocniej.
– Na przodków. – w końcu jakaś reakcja, kanciastym ruchem złapała się za skronie. – Nie tak głośno… – wyjęczała, opadając głową w dół na drugie oparcie. – Massa…? Demony cię gonią? Co się tak drzesz od rana. – Mówiła zmiętym, przepitym głosem.
Massaccio westchnął.
– Zapiłaś z Dannunzio? Historie z waszych popijaw przechodzą przez usta każdej przekupy w mieście. – rozejrzał się po jej małej graciarni szumnie określonej jako Antykwariat. Kanciasta bryła budnyku z cegły w głębi robiła za magazyn. Drewniane krzywo pozbijane półki zapchane były papierami, zwojami, księgami i najróżniejszego rodzaju żelastwem przywleczonym z pustyni przez nią lub odkupione od nomadów.

Rzeźbione skrzynie wystawały z każdego kąta – otwarte i zamknięte, wszystkie wypełnione po brzegi. Zarzucone jakimiś kolorowymi szmatami, na wierzchu leżało kilka zaśniedziałych sztyletów, parę wyszczerbionych rękojeści. Jakieś technomantyczne niedziałające cuda wystawały z niedomkniętego pudła. Westchnął. Zawsze dawało się poznać, że w jej żyłach krąży krew Soldata. Miłość do bycia wyzwolonym…

– Wiesz jak to jest…. – jej prawa noga wylądowała na oparci fotela, głowa zwisła z siedzenia. – Wujcio spisał jakieś nowe historie… Postanowił się nimi ze mną podzielić.

– I dlatego urżnęłaś się z nim w sztok? – Strzepnął kurz chustką z krawędzi fotela stojącego w części „dla klientów”.

Spłowiały namiot osłaniał od ostrego słońca i pasował idealnie do reszty bazaru. Na ziemi leżał dywan pokryty gruba warstwą ziemi – nieczyszczony zapewnie od momentu, kiedy go tu położono. Siadając prawie uderzył czołem w jedną z szeregu wiszących lamp przeznaczonych na sprzedaż. Po ziemi walały się haftowane poduszki, stał wąski stolik obstawiony szczelnie najróżniejszymi filiżankami, każda z innym wzorem. Wyszczerbione bardziej i mniej. Koło nogi stolika stał pleciony kosz, a w nim masa powtykanych kolorowych zwojów. Na ziemi leżała skrzynka z najróżniejszymi przyborami do pisania i kreślenia.

– Zaraz tam w sztok. – Machnęła ręką uderzając niechcący w blat stółu. – No dobrze, może nieco przesadziłam. – przyznała rozmasowując urażone palce. – Ale to nie mnie wyciągali z beczki pełnej deszczówki po pokazie pojedynku między Drapieżną Sową a Demonem.- Zachichotała i zaraz po tym jęknęła łapiąc się za głowę.

Massaccio westchnął. Już czuł, że jego bogaty i elegancki strój (a specjalnie wybrał ten lżejszy) brudzi się od samego siedzenia w tym chaosie.
– I czego ten stary alkocholik się nauczył? Powinnaś trzymać się z dala od niego. – meżczyzna ponownie rzucił okiem na regały. Musiał przyznać że w tym chaosie była metoda. Sklepik jedynie z pozoru zdawał się wielką graciarnią. Zwoje nie nosiły ani śladu kurzu, księgi ułożono w porządku od obitych w drogą skórę po lekkie i cienkie oprawione w tekstylia. Zrobił poprawkę na doprawdy małą przestrzeń i ilość rzeczy, które w niej zmagazynowano… Uśmiechnął się pod nosem. Doskonale kotrolowany bałagan, a właściwie porządek który sprawiał wrażenie chaosu i idealnie chronił przed kradzieżami.

– Mam zacząć wymieniać? – jej zielone oczy zdawały się nieco bardziej przytomne. – Rozróżniam dziesiątki alkoholi na zapach lub po jednym łyku, potrafię ocenić ich klarowność, znam masę przepisów…
– Mietta. – przerwał jej ponurym sarknięciem.
– …orientuję się w chierarchi klanów w slumsach, wiem gdzie są ich siedziby, a Dan zna osobiście kilku przedstawicieli. – spojważniała i po krótkiej serii mrożacych krew w żyłach wigibasów usiadła normalnie zatapiając się w puszystych poduszkach. – Każdy musi mieć Mentora, dobrze o tym wiesz. – rozmasowała kark – A takiego, który jednocześnie traktuje mnie jak córkę i jest świetnym źródłem plotek i nowinek w mieście, na nikogo bym nie wymieniła.
– Patron pijaków i obszarpańców. Stać cię na coś o wiele lepszego, Mietko.

Dłonią poczochrała swoje sterczące w każdą stronę włosy. Zapadła cisza. Znali się od maleńkości, od dzieciństwa wychowywani na dunych Hanzytów. Oboje wiedzieli, że żadne nie zmieni swojego zdania.
Kobieta uśmiechnęła się półgębkiem, złożyła dłonie w piramidkę i wbiła świdrujące zielone spojrzenie w towarzysza.
– No to miszczu Massaccio, czego szukasz w moich skromnych progach? Nie widzieliśmy się dobrych kilka miesięcy.
– No cóż, moja przyjaciółko Mietto, pamiętasz jak rzuciłaś się na ratunek Tsukiemu?

Trudno coś takiego zapomnieć. Ojczym Dante wyruszył wiele wiosen wcześniej. Już dokładnie nie pamiętała, może nie chciała? Obudził w niej ciekawość, pęd ku podróżom i niebezpieczeństwu. Pokazał jej świat map, a ona wraz z Massaccio i Tsukim porównywała świat realny z rysunkami. Chowała się w szafie i wyznaczała nowe trasy. Massa organizował zapasy, Tsuki skręcał kolejne potrzebne artefakty. Wieczorami wykradali Tygrorożece ze stajni jej Matki i znikali. Na kilka dni, czasem na tydzień.

– Ruszajmy po honor i sławę!! – krzyknęła, aby obudzić ducha walki w swoich towarzyszach. To była czwarta wyprawa, która w pełni finansowała. Po Ojczymie zostały jej mapy i spory majątek, który współdzieliła z matką. Z każdym kolejnym rokiem jej głód podróży rósł. Chciała więcej, jeszcze więcej i dalej zobaczyć. Aby uzupełnić i sprawdzić pozostawione mapy. Przywieźć artefakty, sprzęty, opowieści, zwiedzić ruiny. Poprzednie wyprawy przyniosły niezły dochód, głównie dzięki handlowi z napotkanymi karawelami. Problem polegał na tym, że wydatki też się zwiększyły. Mietta skupowała cenne manuskrypty i mapy, przeglądając każdy z lupą szukając podpisu Ojczyma. Natomiast Matka organizowała przyjęcie za przyjęciem. Powoli dobijała do 35ciu lat i obawiała się, że nie uda jej się już złapać żadnej „dobrej partii”.
Czwarta Wyprawa. Mietta chciała w końcu zapuścić się w najbardziej niegościnne tereny płaskowyżu. Wydała monstrulaną sumę, bo uczestnicy podbijali sumę. Jeśli ginąć to przynajmniej z pełnymi mieszkami.

– Przeto chciejmy wziąć przed się myśli godne siebie,
Myśli ważne na ziemi, myśli ważne w niebie;
Służmy poczciwej sławie, a jako kto może,
Niech ku pożytku dobra spólnego pomoże. – śpiew soldatów płyną wartko, kiedy wyjeżdżali z miasta. Pogoniła swojego Tygrorożeca, aby wysforować się na początek. Znała teren, znała mapy, chciała wiedzieć, co na nią tam czekało…

Pustka, piasek, cisza, wrzące powietrze drgało, tornada przesuwające tony piasku, zepsute pożywienie i zgniła woda, wypaczone źródła i mroczne rośliny nienadające się do jedzenia, zero deszczu.

Piasek pochłonął padnięte truchła zwierząt.

Z 50 osób, które wyruszyły w ciągu trzech tygodni pochowali 20.

Potem już nie mieli siły kopać grobów.

Niewiele pamiętała z tamtego okresu. Szła, a może czołgała się. Dokoła widziała tylko przeraźliwie jasny blask – promienie światła odbijały się od piasku. Zupełnie jakby kroczyła po samym słońcu.
Kurczowo trzymała się uzdy swojego Tygrorożeca, jedynego który przeżył, przy sobie miała jedynie nóż i mapę, na której znaczyła miejsca, gdzie grzebali towarzyszy, póki nie zgubiła przyborów.

Znalazła ich niewielka karawana Kryształowe Czaszki – niewielkiego klanu, który po ataku Ciemności wyruszył do jej rodzinnego miasta, aby tam szukać schronienia. Najpierw zauważyli jęczacego z pragnienia zwierzakaa. Kiedy w kilku do niego podeszli, znaleźli Miettę wiszącą na uździe – musiał ją już ciągnąć od długiego czasu, gdyż spodnie dziewczyny były w strzępach. Słońce spaliło jej skórę straszliwie, wyglądała jak czerwony trup.

Tak zobaczył ją pierwszy raz Tonny, przezywany Byczkiem. Górował nad innymi wzrostem i masą mięśniową. Kiedy brał ją w ramionach, dziewczyna na chwile oprzytomniała wskazując zwitek mapy, wyszeptała.
– Inni. Jeszcze żyją. Inni.

– Jesli potrzebujesz czegoś od Tsukiego, to zaczekaj. – wskazała kciukiem skrzynię z żelastwem. – Ma dziś wpaść, żeby kupić nieco szmelcu.
– Bardziej interesuje mnie to, co wtedy znalazłaś. – Massa pochylił się w jej stronę z uśmiechem, który sugerował, żeby lepiej nie starała się wymigać z odpowiedzi.
– A coś wtedy znalazłam? – przekrzywiła głowę, założyła nogę na nogę. – Albo zapytam inaczej. Ile jesteś gotów zapłacić za to nic?

Leczenie trwało kilka miesięcy. Skóra schodziła z niej płatami. Dziewczyna, aby nie przeszkadzać Matce, kupiła małą klitkę w slumsach i się tam przeniosła wraz ze swoimi zbiorami. Nie mogła się pogodzić, że przegrała z Pustynią. Zawsze trakotwała ją jak MAtkę, a ona tak jej się odwdzięczyła. Schowała się przed swoimi znajomymi. Majątek topniał. Jedyną dobrą rzeczą było poznanie Tonny-ego i jego brata Chrisa. Pierwszy odwiedzał ją praktycznie codziennie przynosząc ciepłe jedzenie. W jej ciasnym pokoju, był taki niezgrabnie uroczy. Bał się dotykać czegokolwiek, żeby nie zepsuć. Kiedy lekarz zmieniał jej opatrunki, wychodził cały czerwony na twarzy. Pocieszał ją, przynosił plotki. Rozmawiali, opowiadał jej głupie historie z pijackich burd z okolicy. Rozśmieszał.

Potem znalazł ją Massa i Tsuki.

Odwiedził ją stary znajomy ojca, Dannunzio. <<Człowiek nie jest stworzony do klęski. – mówił – Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać. – poczym dodał – Znałem Twojego Ojca. Znałem też Twojego Ojczyma. Cokolwiek by się nie działo, możesz na mnie liczyć. >>

Opanowała ją myśl o kolejnej wyprawie. Tylko tym żyła, to pozwoliło jej nie czuć bólu. Tym razem chciała znaleźć przełęcz w górach i rozpocząć handel z miastami po drugiej stronie. Gdy znów mogła chodzić, a wszędzie towarzyszył jej Tony, zaczęła szukać chętnych. Szło ciężko. Nikt nie rzucił jej tego w twarz, ale ostatnia porażka nieco ostudziła zapał mieszkańców wobec jej pomysłów. Wydała każdy ostatni grosz, aby być pewną, że nie powtórzy się poprzedni scenariusz. Chodziła głodna i zmęczona. Sprzedała kilka swoich cennych manuskryptów, zyskując niezły rynek zbytu wśród znajomych matki.

Więc sławę nam znaczono stworzyć – bezimienną,
jak okrzyk pożegnalny odchodzących – w ciemność.

Wyruszyli. Wśród chętnych znaleźli się Tony, Tsuki, Dannunzio. Massa i kilkoro z klanu Kryształowej Czaszki. Niestety pech lubi się rytmicznie powtarzać. Tym razem stanął im na drodze wielki demon. Drużyna się rozdzieliła. Kiedy uciekli przed przerażającym potworem, zmusili ją siłą żeby wracać.

Tsuki został gdzieś w górach.

Wróciła i potrzebowała pieniędzy. Nie wyobrażała sobie, żeby nie ruszyć na ratunek przyjacielowi. Inni mówili: on już nie żyje. Mówili: To był demon, takie rzeczy się zdarzają. A ona śmiała im się w twarz: Tsuki to nie mięczak, on tam czeka a ja po niego pójdę.
Odwiedziła Matkę aby porozmawiać o małym wsparciu finansowym. Otrzymała odmowną odpowiedź. „Jesteś już dorosła. Musisz się usamodzielnić. Weź przykład ze mnie – znalazłam mężczyznę i mam zamiar go zmonopolizować. Niestety okruszków dla ciebie nie starczy.”

Z uśmiechem na twarzy wróciła do swojego bunkru. Zgarnęła do worka podróżnego wszystko to, co kilka godzin wcześniej wypakowała na stół. Wzieła nieco wody, jedzenia i ruszyła po swojego Tygrorożca. Nie miała czym zapłacić, więc nie otrzyma pomocy ze strony Hanzytów. To nic. Sama go znajdzie.
Złapał ją przed wyjazdem brat Tonniego, musiała mu się wyrwać, żeby siłą jej nie przytrzymał do powrotu tego drugiego.

Spędziła na Rubierzach tydzień, zanim wpadła na ślad Tsukiego.

Dopóki człowiek się śmieje, nie przegrał.

Przez dzień kręciła się w kółko a potem przez trzy dni wspinała się coraz wyżej w góry – wiedziała tam go znajdzie. Minął kolejny tydzień. Dotarała na przełęcz. Obwinięta szczelnie w płaszcz, podziwiała niesamowity wscoód słońca. Para unosiła się z jej ust, tak wilgocią i chłodem przesiąkło powietrze.
– Przez pierwsze kilka dni, zastnawialiśmy się czy podołasz. – czuła że ktoś się do niej zbliża, ale nie poruszyła się.
– Potem już tylko, kiedy do nas dotrzesz.
– Kim jesteś?
Mężczyzna koło 30 z pomalowaną twarzą w kolorowe linie. Rytualista, choć nie miał przy sobie maski.
– Twoim nauczycielem. – usiadł po turecku koło niej. – Masz wszelkie predyspozycje na zostanie prawdziwym przewodnikiem. Nie zostawiasz nikogo z tyłu, choć nie prowadzisz, przygotowujesz teren dla kompanów.
– Tsuki?
– Mamy dobrego lekarza. Za tydzień będiesz mogła go zabrać z powrotem. – Zapalił fajkę. – Brakuje ci jednak ogłady.
– Myślę, że mogłabym nad tym popracować. – uśmiechnęła się.

Po kolejnych dwóch tygodniach wrócili do miasta. Ona i wszyscy zaginieni.

Osiadła spokojnie w slumsach, przyjęła patronat Dannunzia. Zajęła się handlem i pośredniczeniem w sprzedaży manuskryptów, papieru i ksiąg. Ściągała do miasta przednie narzędzia do pisania. Założyła Antykwariat. Zaczęła nosić się skromniej, acz czysto i schuldnie. Na kapturze płaszcza kazała wyszyć sobie dziwny znak, ktory symbolizował przynależność do klanu Sokolego Oka. Wieczorami Opiekun zaczął prowadzać ją po gospodach i znajomych, gdzie ona mówiła o mapach swego Ojczyma a on opowiadał historię przodków. Zaczęły się zlecenia dla przepatrywaczki przy karawanach. Kiedy jej nie było Tonny (który jednak zwykle najmował się do ochrony jej karawany, aby być z nią bliżej) lub jego brat zajmowali się jej Antykwariatem.

Za sukces trzeba płacić…
Ja się nie uchylę,
Tylko proszę powiedzieć
Komu oraz ile?

Reklamy
Dodaj komentarz

1 komentarz

  1. Bardzo fajny blog. Pisz więcej o RPG.

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: