Jane Doe

Czerwone cyfry elektronicznego budzika wyglądały jak oczy potwora kryjącego się w ciemności. Laptop cicho mruczał odtwarzając spokojną, cichą muzykę. Przez okno dokładnie było widać jak niebo powoli jaśnieje. Dniało, a Jane leżała bez ruchu na łóżku, trzymając dopalający się papieros za krawędzią materaca. Właściwie to zdążył już zgasnąć. Kobieta wbijała bezmyślnie spojrzenie w sufit. Nagle w pokoju rozległy się głośne takty marszu pogrzebowego niszczące misternie utrzymywany spokój i bezruch. Jane zmarszczyła brew. Może ten ktoś zrezygnuje? Dzwonek komórki nasilił się. Niechętnie wstała, ściszyła laptop i odebrała telefon.
– Czego? – bardzo nie lubiła, kiedy ktoś przerywał jej samotną kontemplację swojej pustki.
– Spałaś? – w słuchawce wesoło odezwał się głos Michaela. Jane otworzyła okno. Świeże powietrze wdarło się do dusznego pomieszczenia.
– Nie o to chodzi.
– Więc mogę wpaść? Skończyłem raport z sekcji Shmittowej. – mężczyzna nie rezygnował.
– Nie mogę go odebrać rano? – spojrzała na zegarek. Czerwone liczby jasno wskazywały 4.30. Właściwie już było rano.
– Kiedy ja właśnie mógłbym ci go podrzucić w drodze do domu.
– Czy jak powiem „nie” to nie przyjedziesz?
– A jak myślisz? – w jego głosie wyraźnie rozpoznała przekorną nutę. Westchnęła. To był jedyny facet z jej oddziału, który zawsze miał problemy z karnością. Zresztą nadal je ma. Cokolwiek by odpowiedziała i tak się tu pojawi. Ci cholerni Teksańczycy.
– Rób co chcesz – i rozłączyła się.

Po dziesięciu minutach już byłem przy jej drzwiach. Jak zwykle nie zamknęła ich na noc. Wszedłem do małego przedpokoju bezpośrednio przechodzącego w pokój. Standardowo wisiał tu na haku worek treningowy. Ciekawe czy ten sam, cośmy jej kupili, kiedy opuszczała armię? Łóżko nieruszone. Co znaczy, że znów nie spała. Westchnąłem. Zero zdjęć w ramkach, czy jakichś bardziej osobistych rzeczy na wierzchu. W kącie stały dwa pudła, a z wyższego nieśmiało wystawało ramiączko jakiejś koszulki. Na stoliku mruczał laptop, obok zauważyłem budzik elektroniczny. Zanim doszedł do kuchni, dojrzałem jeszcze komórkę, okulary przeciwsłoneczne i dwie książki pętające się na szafce nocnej.
– Czego się napijesz? – Jane wcale się nie cieszyła z moich odwiedzin.
– Kawy, jeśli ty jej nie będziesz piła. – rzuciłem wesoło. Powinna się w końcu wyspać.
– Jak chcesz. – wyciągnęła z szafki jedyny stojący tam kubek i nastawiła czajnik z wodą.
– Masz tylko jeden kubek?
– A po co mi więcej? – wzruszyła ramionami. – jak kupię sobie zastawę to będzie mi się ciężko przenosić ze stanu do stanu.
– Zapamiętam, żeby następnym razem przynieść własny. – uśmiechnąłem się do niej opierając się na ladzie, która oddzielała pokój od aneksu kuchennego. – Ile spałaś ostatnio?
– Tak z pięć godzin dziennie się uzbiera. – Nie patrzyła na mnie. Miałem wrażenie, że kłamie. Rozejrzałem się jeszcze raz po prawie pustym pokoju. Dopiero teraz zauważyłem zdjęcia ofiary i miejsca morderstwa przyklejone na ścianie tuż nad wezgłowiem łóżka. Jej zupełnie nic nie rusza.
– To za mało. Powinnaś więcej odpoczywać, brak ci energii.
– Czemu mi ciągle zawracacie głowę? – prawie rozlała kawę stawiając ją tuż przede mną. Zdenerwowała się.
– A ty sama dbasz o siebie? Kiedy ostatnio byłaś u lekarza?
Wyszarpnęła papierosa z paczki i zapaliła. Zaciągnęła się głęboko.
– W wojsku robili nam badania.
– Jane, to było trzy i pół roku temu. – spojrzałem na nią z miną „zlituj się kobieto”. – Chociaż byś do domowego z raz poszła…
– W razie czego, mam ciebie. – oparła się o zlew biodrem i znów wciągnęła morderczy dym do płuc.
– Jako patolog zajmuje się wyłącznie umarłymi.
– To akurat jak znalazł.
– Jane, martwię się… co ja mówię, martwimy się z chłopakami z oddziału o ciebie.
– Po cholerę? – znów się zdenerwowała.
– Ktoś się musi tobą opiekować, skoro sama nie chcesz.
Zapanowała cisza. Ona napiła się kranówki, żeby nie musieć ripostować, a ja wziąłem duży łyk kawy, żeby zachować przytomność umysłu. Od trzech dni nie spałem i słaniałem się na nogach.
– Daj raport. – wyciągnęła dłoń w moim kierunku. Dopiero teraz przypomniałem sobie, że po to właśnie tu przyszedłem.
– Proszę. Ale nie spodziewaj się niczego…
Machnęła ręką uciszając mnie i zajrzała do środka. Przekartowała i położyła na krawędzi zlewu.
– Dziękuję. – jej ton wskazywał, że nie tylko chodziło jej o tą cienką teczkę. Chociaż może to tylko moje pobożne życzenie?
– To ja już pójdę. – dopiłem kawę na jeden chałst. – Sam trafię do wyjścia. Acha – jeszcze ostatni raz się odwróciłem – Jestem zawsze dostępny pod telefonem, jakby co.
Kiwnęła prawie niezauważalnie głową i nastawiła wodę pewnie na kawę. Dochodziła piąta.

Reklamy
Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: