Ambustiel

Imię: Ambustiel (od łacińskiego „ambustio, ambustionis, f – palenie; ogień; pożoga”)

Imię i nazwisko: Ambroży Stiel

Chór:
Triada Chwały:
– Potęgi (Potestates)

Wygląd:

lat 23, włosy pofalowane, rdzawe, matowe, oczy ciemno-orzechowe o ciemnej oprawie, figura smukła, ale umięśniona, wzrost 1.80m

 

Funkcja w niebie: opiekun rajskiego ogrodu

 

Grzech:

Padało, ale mu to nie przeszkadza. Właściwie to nie miało to żadnego znaczenia. Siedzał w bocznej uliczce na stercie śmieci. Znaleziony po drodze papieros, który trzymał kącikiem ust, tlił się jeszcze. Opierał się plecami o ścianę i spod przymrużonych powiek wpatrywał się w chmury. Pies położył mu łeb na udzie. Anioł uśmiechnął się i pogładził go po łbie. Zwierzę leżało obok niego przez godzinę. Wygłodzone, brudne, obolałe. Czemu ludzie niszczą to, co dał im Pan? Dostali wszystko. Naturę, która ich karmi. Zwierzęta, które ich ronią. Rozum i sumienie, które powinny ich prowadzić. Aniołów… A dla nich i tak to za mało. Idioci.

 

– Przestań! PRZESTAŃ!! – Formidiel (formido, formidinis, f – strach; przerażenie; bojaźń;) starał się go zatrzymać.

– NIE! – Ambustiel wyrwał mu się. Kręcił się w koło, podpalał ogień pod kolejne drzewa, wyrywał rośliny, łamał gałęzie.

– PRZESTAŃ! Błagam cię! On cię…

Ambustiel odwrócił się wściekle. Oczy płonęły mu gniewem.

– NO CO MI ZROBI?!? UKARZE MNIE?! NO TO PROSZĘ! CZEKAM!

Ogród, którego tak pilnowali, stał w płomieniach. Formidiel padł na kolana i schował twarz w dłoniach, kiedy cherubini złapali Ambustiela i zaciągnęli go tam, gdzie zostanie osądzony. A on wcale się nie bronił. Śmiał się, śmiał się jak szaleniec i nic nie mówił.

 

 

Wszedł do dusznej sali baru. Jeszcze było pusto. Dziewczyna wychyliła się zza kontuaru:

– Znów przywlokłeś coś, co trzeba nakarmić? – wykrzywiła usta, niezadowolona. – Nie mam pieniędzy, żeby założyć schronisko dla zwierząt.

Sarkała dalej, ale wyjęła z którejś z niższych szafek kawał kiełbasy i rzuciła czarnemu psu, który szedł za Ambrożym krok w krok.

– Dla ciebie to co zwykle?

– Podwójnie.

Kobieta uniosła brew, ale podała mu podwójną whiskey z lodem.

 

Podobne jest bowiem królestwo niebios do pewnego człowieka, gospodarza, który wyszedł wcześnie rano wynająć robotników do swojej winnicy. 2 Umówił się z pracownikami na denara za dzień i wysłał ich do swej winnicy. 3 A wyszedłszy koło trzeciej godziny dnia zobaczył innych stojących bezczynnie na rynku. 4 Tym również rzekł: „Pójdźcie i wy do winnicy, a co będzie sprawiedliwe, dam wam”. 5 Oni zaś poszli. Wyszedłszy ponownie koło godziny szóstej i dziewiątej postąpił tak samo.

 

Siedział przy kontuarze pijąc dużo i mówiąc jeszcze więcej. Pies leżał koło jego nóg i nie ruszał się na krok. Właściwie to czwarte zwierzę, które towarzyszyło mu przez ostatnie pięć dni. Pięć długich dni, kiedy postanowił uczccić to, że upadł. Zdążył zauważyć, że dla przeciętnych ludzi też był upadły, nic nie znaczący. Ciekawe co znaczyło „żul”…?

 

6 Wreszcie koło jedenastej wyszedł i znalazł innych stojących i spytał ich: „Dlaczego tu staliście cały dzień bezczynni?” 7 Odpowiadają mu: „Bo nikt nas nie najął”. Mówi im więc: „Idźcie i wy do winnicy”. 8 Gdy nastał wieczór, mówi właściciel winnicy do swojego zarządcy: „Zawołaj robotników i daj im zapłatę, zaczynając od ostatnich aż do pierwszych”. 9

 

Liczył na to, że nikt tego nie zauważy. Ale było coraz gorzej. Nie wiedział, co go tak pożerało od środka. Nagłe fale gorąca i zimna. Wszystko mu leciało z rąk. Serce przyspieszało. Mówił bez sensu. I to wszystko w jego towarzystwie. W towarzystwie Metla. Nic więcej się nie liczyło. Nawet Bóg. Ale to było zakazane…

 

Ci z jedenastej przyszli i otrzymali po denarze. 10 Ci pierwsi przyszedłszy sądzili, że więcej dostaną, ale też otrzymali po denarze. 11 Po otrzymaniu szemrali jednak przeciw gospodarzowi, 12 mówiąc: „Ci ostatni jedną godzinę przepracowali i zrównałeś ich z nami, tymi, którzy znieśli ciężar dnia i upał”. 13 On zaś odpowiedział jednemu z nich: „Kolego, nie krzywdzę cię. Czyż nie umówiłeś się ze mną na denara? 14 Zabierz, co twoje, i odejdź. Chcę temu ostatniemu dać jak tobie. 15 Czyż nie wolno mi zrobić, co chcę, z tym, co jest moje? Czy zawistnie patrzysz na to, że jestem dobry?”.

 

Lubił przesiadywać w kościele. Nie czuć smrodu ludzkich niemytych ciał, ludzkiego bezprawia i ludzkiej głupoty. Zapach kadzidła przypominał mu Formidiela. Głaskał kota, który chodził dziś za nim od rana. Mały kościółek na uboczu. Ambroży siedział i słuchał kolejnych mszy, al nie brał w nich udziału. Nie wiedział jak, a poza tym, po co? Bóg i tak kocha swoje owieczki. Uśmiechnął się ironicznie pod nosem. Zakazy i nakazy. To dzięki nim nigdy nie można być szczęśliwym. Formidiel tak się bał, że starał się odsunąć od Ambrożego, jakby to nawet myśli mogły urazić Boga. Nie wie, że ten już dawno ogłuchł. Zresztą, przecież się po prostu w którymś momencie nawrócić. Przeżyć cale swoje życie w zepsuciu, a potem nagle zacząć ślepo wierzyć w Boga, a On nas ukocha. I przyjmnie. Ambusitiel wyciągnął papierosa z kieszeni i zapalił. Dźwięk zapalniczki poniósł się po głównej nawie. Ludzie są idiotami, ale aniołowie też. Zaciągnął się dymem. Wcale mu nie smakowało, ale przeciez naleźało dogłębnie poznać to, co niszczy ludzi. Przecież trzeba ich potem uratować. Głos w jego głwie przybierał ironiczny ton za każdym razem, kiedy parafrazował jakieś wypowiedzi Formidiela – zupełnego hipokryty.

„Muszę się napić.”

Ale ile by nie wypił, jego myśli ciągle wracały do Formidiela…

 

– Podpaliłeś Ogród!! – grzmiał jego dowódca.

A Ambusitel tylko prychał i śmiał mu się w twarz.

– Jak śmiesz!! Czy wiesz, czym to grozi!?!

Anioł wzruszył ramionami.

– Nie tylko… On… – usłyszał nieśmiały głos Formidiela gdzieś zza swoich pleców. I zamarł.

 

Siedząc w barze niechętnie oglądał telewizję. Kolejne wypadki, śmierć, kłótnie… Żygać się chciało. Na kolanach spał mu mały szczeniaczek goldenretriever. Ludzie to chyba nie potrafią żyć bez tego całego gówna. Nudno by było.
Zdrada. Jak to było…? Judasz?

 

– CO?!? – dowódca wrócił szybko i wymierzył siarczysty policzek Ambusitielowi. – TY!!!

Przy drzwiach zobaczył sylwetkę Formidiela. Nie patrzył w ich stronę.

– Czy to nie przekrocznie zakazu? – uśmiechnął się paskudnie i z politowaniem spojrzał na dowódcę.

 

A potem dołączył do buntu.
Nie ma niczego ciekawszego na ziemi, w niebie czy w piekle, jak brać udział we wszystkich możliwych „pokojowych wymianach poglądów”.

 

No i gdzież jest mój Bóg? Czemu nie ochronił mnie przed tym wszystkim? Czemu? Bo ogłuch już dawno…

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: