Bliskie spotkania z Krową

Krowa. Łaciata. Najzwyklejsza, biała w czarne łaty (albo czarna w białe – ciężko stwierdzić). Spojrzała na mnie i dawaj dalej żuła tę swoją trawę. Zupełny BRAK zainteresowania.

– No ja nie wiem, Muńka źle wygląda…

Bezzębny rolnik. Bezczelny bezzębny rolnik.

– Pięćdziesiąt złotych i zapomnijmy o sprawie. – jak najszybciej pozbyć się go i jechać dalej. Zresztą, to JA powinnam domagać się odszkodowania. Cały lewy bok motoru zdobiły głębokie rysy w lakierze. Noga boli jak szlag. A wszystko przez tą cholerną krowę, która nagle wylazła na drogę.

– Widzi pani jak się zestresowała? Może nie dawać mleka i…

Tak te nabiegłe krwią oczy, tocząca się piana z pyska, zgrzytanie zębami, a nie to ja tak wyglądam. Trzeba była ją jednak potrącić. A tak? Nie ma jak opłacać psychiatrę krowie. KROWIE. Która nawet nie zauważyła, że coś się stało.

– Sto. Więcej nie mam. – wywróciłam portfel wewnętrzną stroną na wierzch.

– Niech będzie.

Wściekłość przechodziła w miarę zwiększania prędkości. Kiedy na liczniku wskazówka przekroczyła 160, pozostał już tylko wiatr. Szum w uszach otulał kask. Powietrze smagało ciało nawet przez skórzaną kurtkę. Chłód dawał wrażenie, że płynę.

Wypadłam zbyt ostro zza zakrętu. Zwolniłam. Teraz już nie warto było dociskać gaz. Pojawił się przystanek pks. I ona. Stała schowana pod czarnym parasolem, mimo że z nieba lał się żar.

~Wiedziałam, że przyjedziesz! – pisnęła wieszając się na mojej szyi.

~Czekałam.

Irracjonalna radość.

~Wybacz, miałam spotkanie 3 stopnia.- Dodałabym „z krową”, ale tłumaczenie zajęłoby kolejne cenne sekundy. Rzuciłam okiem na przemoknięte rzeczy na poboczu.

~Robiłaś pranie?

Podlotek spakowała wszystko metodą wrzutową do plecaka i już po chwili siedziała na motorze.

~Lubię deszcz – powiedziała składając parasol.

~Załóż kask. – podałam jej swój, sama stawiając kołnierz. No cóż, teraz to dopiero będzie lot. Poczułam mocny uścisk jej chudych rąk wokół mojego pasa. Mocno przywarła do moich pleców. Czyli mogłyśmy ruszać. Dobrze, że miałam okulary, bo przez łzy niewiele widać.

 

Godzinę później były na miejscu. Podlotek zostawiła całusa na policzku drugiej dziewczyny i zniknęła w drzwiach wielkiej podmiejskiej posesji. Dziewczyna rozłożyła się na schodach. Podparta ramionami na wyższym schodku, wyciągnęła z kieszeni paczkę L&M. Po czym zapaliła szluga. Zaciągnęła się szkodliwym dymem. Zaraz koło jej motoru zaparkowało błękitne Porshe. Szczyt bezguścia.

Blondyn o szmaragdowych oczach w skórzanej kurtce podszedł bliżej.

– Cześć Kiara.

Poczęstowała go papierosem.

– Przywiozłaś młodą?

Kiwnęła głową na tak. Uśmiechnął się pod nosem.

– Znów się spóźniłyście.

Popatrzyła na niego spode łba.

– Zatrzymała mnie dyskusja z krową. – nie znosiła wdawać się w rozmowę z tym bucem.

– A to stąd ten porysowany bok. – Spojrzał w czyste niebo. – A łaciata jakie miała obrażenia?

Niezobowiązująca rozmowa. Wypuściła kilka kółek z dymu.

– Mam to gdzieś.

Już nie krył się z uśmiechem. Szeroki, ironiczny rozkwitł na jego ustach. Doprawdy, nic dziwnego że laski leciały na te jego wybielone ząbki.

– Powinnaś… – nie skończył.

Zgniótł butem połowę papierosa i ruszył w stronę drzwi.

– Bywaj Harry. – rzuciła niewyraźnie, bo akurat zagryzła zęby na fajce.

Nie musiała się odwracać, żeby wiedzieć, kto też go spłoszył.

– Spóźniłaś się.

Pierwsze, co Kira zawsze dostrzegała w tej kobiecie to zaciśnięte w linijkę usta. Potem uderzał chłód i rezerwa. Niepotrzebne ruchy nigdy nie kalały tej zasuszonej, wyniosłej baby.

– Mówiłam ci, żebyś sobie nie pozwalała na spóźnienie. – głos napięty niczym struna. Jak bat uderzał po uszach. Co najmniej jakby naraziła kogoś na wielomilionowe straty.

– To się więcej nie powtórzy. – nie wstała. Ani jej się śni. Tymczasem słońce zostało jej definitywnie zasłonięte przez panią domu wbitą w wyblakło czerwony kostium. Dziwnie kontrastował z jej głęboko niebieskimi tęczówkami. Jak bezchmurne niebo gorącym latem.

– Może okażesz mi choć trochę szacunku?

Jeszcze chwila a dziewczyna dostanie po twarzy. Przynajmniej tak sugerowały zaciśnięte pięści i pulsująca żyłka na czole kobiety. Kira usiadła.

– Nie masz mi nic do powiedzenia? – zmarszczki wokół oczu starszej pogłębiły się.

– Nie, pani Richardson.

– Ty bezczelna pannico – pani domu szarpnęła Kirę za ramię, stawiając na nogi. Dziewczyna nie podejrzewała jej o taką siłę – Odpowiadasz za moją córkę! Widziałaś, jak ona wygląda? Cała jest mokra! – kobieta zacisnęła mocniej swoje palce i wściekle szarpała. – Ciągle się spóźniasz! Ciągle!

Kira wyrwała się z uścisku rozżarzonych szczypiec.

– Wiem. – syknęła. – i…

Poczuła jak drobne dłonie oplatają się na jej pasie.

– Lilia! W tej chwili do domu! – pani Richardson rzuciła wściekle.

~Coś się stało? – podlotek przytulił się do pleców dziewczyny, jakby ta mogła ją ochronić przed jadem matki. Powoli jej twarz pojawiła się pod ramieniem Kiry. Niepewna i zastraszona.

~Marsz do domu! – wrzasnęła jej matka. Aż trzęsła się od gniewu. Lilia cofnęła się za swoją barierę i przywarła całym ciałem do jej pleców. „Czemu ja się pcham w cały ten syf?”

~Proszę ją zostawić w spokoju. To na mnie jest pani wściekła. – przypomniała spokojnie. Nie ma jak kopać sobie płytki grób. Dostała w twarz. Cudownie. Co za odświeżające uczucie.

– Nie uda ci się jej nastawić przeciwko mnie!

– Nie muszę. Sama pani sobie świetnie radzi.

– Ty…!

– Tak?

Pani Richardson złapała ją za kołnierz i przyciągnęła do siebie.

– Posłuchaj mnie uważnie. – wlewała jej jad prosto do uszu. – Nie obchodzi mnie, co mówi Agnes. Obie wiemy, że jesteś tylko chwilową przeszkodą, która zniknie, jak wszystkie poprzednie. Nie myśl, że potrafisz mnie pokonać. ONA należy do mnie.

Kira uśmiechnęła się sarkastycznie. Pod nosem. Jednak na głos nie wypowiedziała ani słowa. Pani Richardson w końcu puściła jej kurtkę. Skierowała się w stronę drzwi wejściowych swojego wielkiego, pustego domu. Rytm jej szpilek jak niema groźba rozszedł się po placu.

Kira trzęsącą się dłonią zapaliła kolejnego papierosa. Lilia ponowie przywarła do jej pleców tak mocno, że ciężko było oddychać.

„Któraś z nich kiedyś mnie zabije”

Fajka powędrowała między palec wskazujący a środkowy, dłonie delikatnie rozplotły mocny uścisk na przeponie. Złożyła pocałunek na nadgarstkach Lilii.

~To gdzie tym razem posyła nas Anges?

Słodki uśmiech dziecka , który zdawał się cieplejszy od słońca, mógł doprawdy wiele zrekompensować. Nawet tą nieszczęsną krowę.

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: