Everybody everybody…

 

Hmmm, referat dupnie poszedł, ale odfajkowany. Ale oczywiście nikt mnie nie słuchał, jak mówiłam że chcę wcześniej się umówić o podział. Potem całą noc starałam się coś dograć, bo przecież wszystko jest  internecie – no *****, wcale nie!

Nie wiem co się porobiło z tymi laskami, które wróciły z Erazmusa, ale to jakiś Horror. Mają w dupie, odwalają wszystko na zasadzie ohaczania listy. Zgadzam się, ja też tak robię, tyle że jak już się coś robi, co może trochę energii i przekonania w to włożyć? No nie wiem, po co robić coś na pół gwizdka? To strata czasu.

Sesja była w piątek. Ja prowadziłam. Zrobiła sobie wykresik, miało trwać z 5 h, zrobiło się 7dem. Ech, jestem jeszcze na początku mojej kariery jak mg. Brak doświadczenia i wstyd odgrywania NPC, ale jakoś poszło. Szopen najpierw niezadowolony, bo Wojnar wszystko by zrobił sam i że nie ma po co wyjeźdźać z NY. Jak mu dałam powód, to znów zaczął mędzić. No żeby mu dogodzić to po prostu pfff. A do tego jeszcze Wojnar średnio zadowolony. No po prostu z nimi to prawdziwy krzyż. Ale się cieszę. Tworzą mi Prawdziwe Wyzwanie.

Muszę zrobić jakieś szkice psychiatryczne moich postaci, bo mi się nimi źle gra. Oprócz na maksa skręconej Yue. Nic dziwnego 1.5 tora roku przemyśleń i dopracowywania wraz z MG (Abim ;]).

Dalej męczę Lyonsa, Stockwella jeszcze nie odebrałam z biblioteki. Za oknem paskudna pogoda. Trochę ćwiczę włoski, zaraz zabieram się za teksty z Retoryki i proseminarium. Aż się sama siebie zaskakuję.

Ale nie we wszystkim – poszłam spać wczoraj o 3 i wstałam o 13. Jak tak dalej pójdzie to ja nie wiem jak się zerwę jutro, żemy o 8. rano wyjść załatwiać dyplom. Prawdziwa szkoła papierkowania. I tak Kasiku, ja się cieszę i nie czuję wykorzystana. Robię to z masochistyczną przyjemnością. Jak coś się zmieni, to pewnie na blogu się pojawi ;pp

 

Remember, remember the Fifth of November,
The Gunpowder Treason and Plot,
I know of no reason
Why the Gunpowder Treason
Should ever be forgot.

 

Po sesji oberzeliśmy V jak Vendetta. Jakoś nigdy nie miałam ochoty na ten film (niezbyt lubię tę aktorkę, jak jej tam, a tak Natalie Portman). I po prostu się zakochałam… Niby ekranizacja komiksu, znowu super boChater od 7 boleści, et cet. Wtedy poznałam V. No żesz zastrzel mnie, facet moich marzeń *-* i jeszcze go grał Hugo Waving, którego po prostu uwielbiam pasjami *-*. No i finałowa scena mało hollywoodzka, dobre kino polecam każdemu ;]

 

Uzupełnienie kilku dni

Od piątku lub soboty – kto by liczył – spałam u Oli W. Jakoś nie zjadłyśmy się w tej jej małej kawalerce… aż do dziś. Zajebisty numer mi dziś wykręciła. Tutaj napiszę jak wkurzona jestem na tego bencwała.

Powiedziałam jej, że się umówiłam z nową współlokatorką do kina. Ona chciała iść na Requiem for a dream do knajpy. Zaznaczyłam, żeby miała telefon przy sobie, bo będę dzwonić jak ruszę do niej. Chciałam chociaż końcówkę obejrzeć z nią i jej koleżanką. Z Arkadii – gdzie obejrzałam Paranormal Activity 2 –  na Stare miasto jest kawałek. W tramwaju zaczęłam do niej dzwonić – nadziałam się dwa razy na pocztę. Jednak pewna siebie, że przecież po filmie posiedzimy nad drinkiem, ruszyłam ku Starówce. Było po 22. Zimno jak diabli, sama lazłam przez park. Oddzwoniła, kiedy mijałam pałac i dalej trwającą rozpierduchę by Obrońcy Krzyża.

Pytam, czemu nie odbiera. A bo film oglądała to wyłączyła telefon.

… Przełknęłam, choć mi brew zadrgała.

Pytam co teraz robią. Chciały wracać do domu. Pytam, czy mogą wracać przechodząc obok kolumny, bo wtedy się spotkamy. Ola na to, że ona w drugą stronę mieszka (jakbym nie wiedziała i nie spała u niej regularnie od kilku dni) . Ja mówię, że może się cofnie, bo wsiądziemy do busa będzie ta sama droga. A ona mówi, że jej się nie chce.

No to powiedziałam „acha to cześć” i się rozłączyłam.

Nie, nie przeszkadza mi to, że nie chciała się już dziś ze mną widzieć. Whatever. Chodzi o to, że ja specjalnie jechałam spod Arkadii, bo ona z łaski telefonu nie odbierała, skąd miałam wiedzieć, że nie zdążę? Nie można było wcześniej powiedzieć, że nie odbierze podczas filmu? Albo że ma mnie już dość po tych kilku nockach?

Nie wiem za co mnie każe, ale tak właśnie się czuję. Niedobra Minia, nie dostanie dziś cukierka. Komend nie wykonuje, be piesek.

Może chciałam po prostu wziąć moje rzeczy od niej? Krem, szczoteczkę do zębów, książkę do poduszki?

Mam ochotę jej wygarnąć, powiedzieć coś co ją zaboli i w gruncie rzeczy nic nie wniesie. Wymówić się z sobotniej imprezy, bo mi się po prostu odechciało. ODECHCIAŁO.

Ogólnie jakos mi się wszystko poskładało.

Wcześniej myślałam, że to udźwignę. Najpierw zachowanie Bartka T. Chce widzieć we mnie pomocnicę na jakichś dziwnych zasadach, robi ze mnie ostatnią deskę znajomości, może przyjaźni ale wyładowuje też na mnie swoje nerwice. Jak się za bardzo nie przejmuję, bo wierzę że nerwówka przy biurokracji może tylko zawał przynieść, to mi prawi złośliwości. Kiedy robię coś nie do końca odpowiedzialnie, to każe mnie złośliwościami. Lubię go i trawię, jak wszystkich. A on z kąta, kiedy rozmawiam z innymi, patrzy na mnie jak skrzywdzone kociątko. Czemu za to że go lubię, dostaję rykoszetem?

Teraz Ola P. i jej gang. To moja wina, że nic nie wyszło ze wspólnego obiadu, bo to ja się nie odezwałam choć zaprosiłam. Nie przypominam sobie, żeby to miała być randka. Jestem zła, bo mam inne plany i inne zdanie niż jej. Co też wymyślam, jakie spotkanie wcześniej niż we wtorek związane z projektem na środę, przecież wszyscy wyjeżdżają na weekend.

Czy są jakieś leki na zostanie socjopatą? Zamówię kontener.

Na razie planuję zamelinować się w mieszkaniu i udawać, że nie istnieję. Nie potrafię żyć wśród ludzi. Za każdym razem jak próbuję to ciągle mnie ktoś zgniata obcasem. Nie maluję się, jestem przy kości, używam słów w innych sensach niż przeciętny polak, my comunication skills sucks. A jutro jebane ćwiczenia na których nie tylko trzeba gadać ale do tego po włosku. Po prostu dajcie mi sznur…

No to może teraz film. Paranormal Activity 2. Horror, który polega na oglądaniu historii pewnej rodziny przez kamery ochrony. Trwał 1 i 1/2 h, zaczęło się coś dziać dopiero koło 1/2 przed końcem. Te same motywy wykorzystane co w pierwszej części, choć o wiele bardziej chaotycznie ułożone. Dialogi z polotem, co więcej nawet śmieszne – ta nie ma jak humor w horrorze. Ale dawało to jakieś złudzenie normalności, codzienności tej rodzinki. Napięcie wprowadzano nieźle. Był pies, który wiedział, że coś złego się czaiło w domu. Oczywiste, że coś się z tym psem stanie, tylko co? Kiedy demon się panoszył w domu, robiło się minimalnie ciemniej i dodawano szum zamiast muzyki, delikatny prawie niezauważalny. Tłukące się garnki, otwierające się nagle szafki (aż podskoczyłam), otwierające się drzwi. Co prawda lewitujące dziecko było pewnym przegięciem… no cóż…

Ogólnie jak na nisko budżetowy film o demonie, to zjadliwe. A ja się nawet będę bała dziś zasnąć.

Lyons i Golka – te książki naukowe, co je męczę  – leżą i na mnie patrzą.
Brama Chmur ciekawi mnie, ale jak w końcu do niej siadam, to jestem tak śpiąca, że nie mogę się skupić i poddaję partię.
Simon Houpt, Muzeum dzieł zaginionych – przeczytałam i z radością oddam do biblioteki. z całego dość grubego tomu, podobał się tylko fragment opisujący sławne kradzieże i obrazkowy indeks dzieł zaginionych, ale nie ratuje on zupełnie całości. Tekst pisany jest na żenująco niskim poziomie – niby skierowany do osób dorosłych i zainteresowanych problemem sztuki, a zwroty wyjęte żywcem z podręcznika dla klas 1-3 podstawówki. Jestem wyrozumiała, ale nawet ja mam pewną granicę przyswajalności papki dla idiotów.
W między czasie zaczęłam Marco Vichi Un tipo tranquillo. Dotarłam do połowy i jakoś nic się nie dzieje. Akcja ogranicza się do minimum, a więszkość to przemyślenia głównego bohatera. Poniekąd wygląda to na obraz socjologiczno-psychologiczny przeciętniaka po 50siątce z kryzysem czegośtam. Minus. Jakieś to takie nie do końca dorobione. Plus.  Po włosku i szybko się czyta.

Ola W. mnie ścięła. Nie o głowę, jedynie włosy. Zdjęcia wkrótce.

Ruszyłam w końcu ten projekt włóczkowy, szkoda że jakoś mi na drutach się odechciało robić (i że kurna zostały u O.W.).

O! Sesja w sobotę, bym zapomniała. Artur aka Elf sympatyczny i śmieszny. Najpierw się ograniczał, ale Szopen szybko go naprostował. Inna sprawa że ja dałam ostro d***. Też się krępowałam, jakoś bez jaja odgrywałam tę moją postać. Zupełny brak polotu, jakoś energii starczyło mi tylko na zrobienie postaci (życiorys dostępny na drugim blogu) i dotarcie do Grójca. Cudnie. Aż mi wstyd. Kasiu, zgłoś się na Skypie po dokładnejszą fabułę ;p

Projekt rysunków dla Adra stoi. Projekt 1000 Wcieleń stoi.

Czasem się zastanawiam, czy nie określenie celów dla mojego życia jest aby dobrym pomysłem. Czy zbyt dużo nie tracę po drodze?

Wkrótce

Reportaż z sobotniej sesji rpg.

Ocena ksiązki, które czytam.

I wiele innych, by tuned ;p