czerwcowe moodowanie

CURRENT MOOD:   Hopeless

CURRENT OBSESSION: „Niebezpieczne związki”

LISTENING TO: silence

PLAYING: sick

READING: Pierre Choderlos de Laclos „Niebezpieczne związki”

Podoba mi się. Jak na powieść epistolarną, wartka akcja, choć czasem muszę opuszczać biadolenie o miłości niektórych postaci. Wicehrabia de Valmont i markiza de Merteuil to para tęgich skurczykowców, nie powiem. Obłuda im z tapetą podczas gorących dni spływa z twarzy. Aż się nie mogą doczekać, co będzie dalej. Obecnie na stronie 277/414.

EATING: sadness

WATCHING: Star Trek films

DRINKING: lotus tea

MAKING:  prezent dla Tali

WAITING FOR: italian exam on Monday

CONSPIRACY: ściana (odpadła farba, trzeba było zamalować), mieszkanie (znów przeprowadzka), tusza (znówżem przytyła)

Reklamy

Artystyczny pierdolnik

No to kilka spraw w jednym poście.

Dieta. Na wszelki wypadek ani się nie mierzę ani nie ważę. Bardzo sensowne (ironicznie). Czy Wy też macie problem w postaci PRZYJACIÓŁ/ZNAJOMYCH?

Po pierwsze, uwielbiam ten argument, mówię: Jestem na diecie. Otrzymuję w odpowiedzi prychnięcie, kręcenie nosem, albo równie motywujące „Ale dobrze wyglądasz, po co ci DIETA?”. Nie no jasne, te fałdki co zmieniają się w fałdy to bardzo fajnie wystają nad krawędzią spodni. Oprócz tego, że wytyłam prawie z całości garderoby. I nikt przecież nie mówi, że pragnę wyglądać jak modelka. Brak fałdek =/= wieszak.

Poza tym, scena nr 2: spotkanie towarzyskie
pub/restauracja/klub/domówka. Jak bardzo towarzystwo musi być spite, aby nie zauważyć, że ten alkohol w mojej
szklance to woda mineralna? I jak dotrwać do tego momentu? Albo wódka, albo piwo, albo żarcie na wynos.
Wiem, trzeba mieć silną wolę. Ale jej zapas wolę przeznaczyć na rzeczy zgoła inne. Np. na pisanie.

Jedynym pocieszeniem jest ćwiczenie. Bo skoro dieta wychodzi mi bokiem, to może machanie odważnikiem zadziała. Od dwóch tygodni trzy razy w tygodniu po 15 minut stosuję trening (podstawowy) odważnikiem Kettelcośtam. Gorzej, że nie posiadam samego odważnika i wymachuję 5l butelką wody. Plus za pomysłowość, minus za zbyt mały ciężar. Ale musicie mi wybaczyć, ja się znam. Nie mam kasy na kolejny sprzęt, który szybko powędruje gdzieś w kąt. Kolejny plsu: wyrabiają mi się mięśnie. Widzę, że pod tą moją podskakującą tkanką tłuszczową zaczyna się coś rodzić. No i mniej się garbie.

Nieco przystopowałam z malowaniem. Jestem ogólnie chora, dużo śpię i oczy mnie bolą. Zarówno od tuszu do rzęs, który się zmywać nie chce, jak i od gapienia się stale w monitor.
Mam do podzielenia się jedynie poprawionym portretem Vica i Penny. Postacie fajne, tło fajne, zegarek fajny, ale razem jakoś to nie gra. uffff. Jak już podbiję skilla to wezmę to na warsztat once againu.

Obrazek

No i trochę piszę. Powoli, uzupełniłam framework, do którego namówił mnie współautor. Teraz jest mniejszy pierdolnik. Szkoda, że nadal tylko ja spisuję tekst. We dwójkę byłoby szybciej. Ale rozumiem, inny styl pracy, inne problemy, inne priorytety. Ja zapewne moje niedługo będę musiała nieco zmienić ze względu na zbliżającą się magisterkę i egzaminy z języka. Ale po prostu przestanę się opierdzielać i wszystko powinno się zmieścić xD
Koncepcyjnie zostałam zgaszona, że nie mamy obmyślonych podstaw Magii, Artefaktów i Wynalazków czyli Steampunku jako takiego. Prawda. Tylko, że to można już w trakcie pisania dodawać. W czasie edycji. Mój mózg to nie procesor czterordzeniowy o nieograniczonej pojemności RAM, nie można wprowadzać nieskończonej ilości informacji i oczekiwać, że system wszystko ładnie zaszufladkuje. Fakt, czasem coś zaskoczy. Ale częściej pewne dane ulegną uszkodzeniu czy zostaną nadpisane przez coś nowego. Dlatego muszę pisać. A potem zmieniać napisane. I jeszcze raz. I wywalić wodolejstwo. I przekształcić informacje bezpośrednie – była zdenerwowana – na sugestie – trzęsące dłonie schowała za siebie. Et cet. A potem rozesłać do wszystkich moich ukochanych przyjaciół i poprosić o edycję. Wkurzyć się na propozycje ich poprawek. Ochłonąć. Część wprowadzić. Resztę przedyskutować. Przetrwać salwę konstruktywnej krytyki.

Tak to mało integralny sposób pracy, ale dla mojego małego rozumku najefektywniejszy.

A i założyłam w końcu powieści bloga. Zapraszam serdecznie xD

Kabaret Black Cat

Grypa

Oh dżezzz, Aj em. ==’ I to jeszcze zaatakowało znienacka. Nagle zabolał mnie brzuch, zrobiło mi się be, a rano temperatura. Pomimo leków. Nie znoszę mieć grypy. Ręce się trzęsą, człowiek poci się i śmierdzi, kołdra i koce też, nie mówiąc już o tym, że przesypia cały dzeiń i nawet nie ma siły czuć wyrzutów sumienia.

PS. Uprzedzam podejrzenia, to nie przez rower. To współlokatorka przyniosła wirusa i rozrósł się na jej niemytych talerzach. Albo nakichał na mnie bardziej efektywnie ktoś w autobusie. Dobrze, że w Lidlu byłam w niedzielę, to jedzenie przynajmniej mam.