czerwcowe miodowanie

CURRENT MOOD:   Tired

CURRENT OBSESSION: „Niebezpieczne związki”

LISTENING TO: silence

PLAYING: dead

READING: Internet

EATING: space

WATCHING: The man of steel

Please, dont watch it, dont watch it in cinema, it is a waste of money and time. This film doesnt have any sense at all. I am going to kill my memory of it with… (read futher)

DRINKING: …cold beer, yeah

MAKING:  śpiochy dla Tool’a (skomplikowane, pokażę później)

WAITING FOR: italian exam on Monday

CONSPIRACY: chujowe życie młodych, wykorzystywanych w pracy ludzi. Co za smród.

Murrrrrakami, Norwegian Wood

Byłam na Murakamim, Norwegian Wood. Z okazji festiwalu filmów azjatyckich.

Zakochałam się jeszcze mocniej w jego twórczości. Tylko strasznie dużo seksu było. Chociaż to nieuniknione, kiedy główna bohaterka ma z tym problem i z tego powodu potem dostaje fioła.

Kupiłam trzy ksiązki i teraz zamiast czytać włoską literaturę to się zagłębiam w japońskiej. Ale to śmieszne, kiedy wczoraj siedzieliśmy ze znajomymi z koła, wszyscy czytają mnóstwo książek ze słonecznej italii. Połowy wymienionych autorów nie znam. Nie wiem, chyba coś nie tak jest w tej sytuacji. Tylko nie wiem co i nie zmierzam się zastanawiać xD

Szkoda tylko, że napisy NW polskie tłumaczono z angielskich napisów i ja z moją mizerną znajomością japońskiego widziałam, że przeinaczają sens wypowiedzianych zdań/słów. Witaj w polskim świecie tłumaczeń. Jakby im tego japonista nie mógł przeglądnąć przed pokazem.

Murakami ma dość specyficzny sposób prowadzenia narracji. Wszystko się ciągnie, trzyma w napięciu. Film oddał ten klimat stałego oczekiwania. Wietnamskie krajobrazy w tle i muzyka, która uzupełnia sceny dodając im często kopa, cudownie się komponują. Także polecam, jeśli ktoś się natknie.

Krwiste Maki rozgonił wiatr

Zacznę jak zwykle od środka.

+++

Komiks nie umarł śmiercią naturalną. Ma się nieźle. Cale trzy strony do udostępnienia. Tylko muszę zdjęcia zrobić, także kolejne losy postaci pojawią się na dniach ;]

+++

Ponieważ muszę na egzamin przeczytać masę książek, a funkcjonowanie tutejszych bibliotek jest dla mnie totalną zagadką, korzystam z e-book-ów. Nie jest to taki zły pomysł, ale ma jeden poważny defekt. Nie znoszę czytać z ekranu komputera. Świeci toto po oczach (nawet jeśli się ustawi jasność na najniższym progu), potem mnie gałki bolą i wrażliwe są na światło. A jak wiadomo światła na Sycylii nie brakuje. Poza tym z ekranu pochłanianie wiedzy trwa wieki.

Ha! Skoro góra nie chciała przyjść do Mahometa, to Mahomet postanowił przyjść do góry.

Nie mogę żyć bez elektorniczynych książek (a wygląda na to, że nie mogę), to podliczyłam moje skromne zasoby kontowe i wykosztowałam się na… e-book reader. I będę go zwać e-book reader. W ostateczności Onyx Book. Nazwa e-czytnik brzmi komicznie. Niby znaczy to samo, co po angielsku, a jednak brzmienie obcego języka zmienia wszystko.

Onyx Book, mała pamięć, ale misio ma miejsce na kartę SD. Bateria trzyma ponad tydzień (codzienne wykorzystanie po kilka godzin ;]). Dotykowy ekran. Słodkie wygaszacze – tak jestem kobietą, lecę na takie estetyczne smaczki. Możliwość robienia notatek, zaznaczania stron, podkreślania i rysowania. Czasem co prawda rysik jest niedokładny o jakieś 5 milimetrów, ale przeżyję. Jedyny minus to czasem na ekranie zostają cienie po poprzedniej stronie. Tyle że w czytaniu to bynajmniej nie przeszkadza. Także cieszę się z udanych zakupów ;]]

Teraz zostaje mi nauka!

++++

Odważyłam się pójść do włoskiego kina na Krawego Kapturka (chyba taki jest tytuł polski).
Nie wspominając o ilości kryminałów, które zdażyło mi się przeczytać, zostałam wychowania na filmach o Poirot, Miss Murple, Murdocku i Wallanderze. Prawda, nigdy nie byłam mocna jeśli chodziło o typowanie mordercy. Ale przynajmniej ślady zawsze jakoś na niego wskazywały. Oczywiście także podstawiały pod nos kozła ofiarnego. Tak, tak. Ale tutaj aż zazgrzytałam zębami na końcu.
Jeśli macie ochotę obejrzeć KK, to proponuję spiracić kopię albo ją pożyczyć z wypożyczalni. Od pierwszej sceny – mamy pokazane z lotu ptaka, gdzie będzie się rozgrywać akcja – widać, że nie mieli dużego budżetu. Efekty są mało realistyczne, wilkołak też mało straszny. Ale mi się podobały ;] W końcu Czerwony Kapturek był bajką, a jeśli chodzi o stroje, scenografię i efekty to poradzili sobie świetnie.
Wioska w środku lasu. Wszyscy się znają. Co pełnię księżyca Wilkołakowi zostawia się jakąś ofiarę, dzięki czemu nie atakuje on ludzi. Czerwony Kapturek jest już dorosły. Rodzice zaaranżowali mu małżeństwo z młodym kowalem. Matka chce dobrze, gdyż kowle zarabiają więcej niż drwale. A zna to z własnego doświadczenia bo ojciec CzK zarabia ścinając drzewa. Ale dziewczyna zakochana w innym (drwalu), postanawia ze swoim ukochanym uciec. Niestety nagle zostaje wszczęty alarm – wilkołak złamał tej nocy pakt i zabił siostrę Kapturka.
Potem oczywiście każdy jest podejrzany, a jedyną wskazówką co do tego, kim jest Morderca, okazuję się kolor tęczkówki – brązowy. Automatycznie wszyscy zaczynają się patrzeć intyensywnie w oczy aktorów. Okazuje się, że otaczają ją praktycznie sami brązowooki. Co potwierdzała genetyka ;]
Potem bardzo spodobał mi się jeszcze wjazd biskupa, który jest łowcą wilkołaków. Cudowna! Karoca metalowa, wizjery w krzyże. Do tego towarzyszy mu z 10 ludzi w zbrojach, wśród których są dwaj czarni i azjata. Ciekawe zagranie, jeśli założymy, że to pełne średniowiecze, a akcja rozgrywa się w środku europejskiego (no chyba że amerykanskiego) lasu.
Potem zaczyna się robić dziwnie. A samo zakończenie przybrawiło mnie o ból brzucha ze śmiechu. Sam morderca zdaje się nieuchwytny, gdyż dopiero sam musi dopowiedzieć elementy, o których okazuje się, nie mieliśmy zielonego pojęcia. Wiem, że Poirot też tak robił. Ale wszystkie poszlaki autorka nam pokazywała na dłoni. Tutaj raczej nie mamy szansy się domyślec, kim jest wilkołak. I potem kilka ostatnich scen mnie zabiło. Dosłownie. Może brak mi romantyzmu. Może teksty „Będę na ciebie czekać” wypowiedziane słabym damskim głosem mi się osłuchały. Ale taki tekst to tylko w realnym życiu w odpowiednim momencie może zadziałać, bo inaczej wygląda jak wyjęty z Harlequina.

Ogólnie film ze znajomymi można objerzeć, ale do arcydzieła kryminalnego wiele mu brakuje.

++++

Ponieważ nie widziałam, o „Jak woda dla słoni” wypowiadać się nie będę. Choć mam złe przeczucia.

+++

Dorwałam się do dwóch książek o zen, dość ciekawych. Jedna to „The Zen of Blogging”. Króciutka przypowiastka o rozmowach ucznia z mistrzem o tym jak pisać bloga. Po angielsku. Zacytuję autora:

„If you’re into Zen and you’re into blogging, read and share this ebook.
If you’re into Zen but you’re not into blogging, share this ebook.
If you’re not into Zen but you’re into blogging, read this ebook.
If you’re not into Zen and you’re not into blogging, read it twice.

Także proponuję ściągnąć i poczytać ;]
http://ebookbrowse.com/the-zen-of-blogging-pdf-d49155657

Druga książka to „Zen Stories to tell your neighbors”. Same opowiastki zen, a pod nimi spisane komentarze do nich. Ciekawy zbiorek. Znalazłam w e-booku, także podaję namiar na stronę, jeśli ktoś by chciał ;]]
http://ebookbrowse.com/zen-stories-to-tell-your-neighbors-pdf-d80007371

++++

Kupiłam sobie bikini i spodenki, aby w końcu wykąpać się w ciepłym morzu. Nie dość, że trafiłam na temperaturę wody o połowę niższą niż Bałtycka, to jeszcze spaliłam sobie plecy i nogi. Dobrze, że rozsądek zagonił mnie do cienia, bo mogło być gorzej. A tak to przynajmniej siedzieć mogę xD

Cała ja.