Emigracji koniec. A dokładnie początek końca

No to mam braki. (I to jakie =.=) we wpisach i w energii. Z cztery noty wypadły. Chciałam być sumienna, ale jest to niemożliwe. Po pierwsze to moje lenistwo i inne braki charakteru nie pozwalają mi na systematyczność. A po drugie pakowanie się, wyjazd, przyjazd, rozpakowanie się, początek zajęć. Zaczynam poważnie się zastanawiać, czy ja na pewno dobrze zrobiłam idąc na filologię włoską. To może być katastrofa. Albo i nie.

 

I tak najgorsza horyzontalna smuga wisząca nade mną – mam w rok opanować język na takim poziomie, żeby rozumieć wykłady.  To mnie trochę przeraża. Praca, praca, praca. Brak energi, brak energii, brak energiii… Praca, praca, praca. Ale to fakt, trochę panikuję. Zresztą największy problem i tak jest z zapisami. Przecież je jestem tak ambitna (co mnie w końcu wykończy zresztą),  że język to i tak opanuję. Zresztą i tak nie mam wyjścia 🙂 A to, że istnieją mi podobni, poprawia mi cholernie humor.

Brakuje mi kogoś, z kim mogłabym porozmawiać. Nikogo nie mam. Znajomości dopiero się zawiązują. Nikt nie mieszka jakoś blisko. Znajome z campusu jakoś też się rozpłynęły. Martyna i Annka (moje współlokatorki), w ogóle mnie nie słuchają. Martyna to jeszcze czasem zapyta, ale nigdy nie zwraca bacznej uwagi na to , co mówię. To mnie bardziej dobija niż to, że ze mną nie rozmawiają za dużo. Ale nie obwiniam ich. W końcu im zajęcia zaczęły się w tamtym tygodniu i są na tej samej uczelni (osławiony SGH) i poprawiają sobie humor licytacją paskudnych pierwszych przeżyć z różnych zajęć. Fascynujaco słucha się, jak odbijają piłeczkę.
Mama też nie chce ze mną gadać – zresztą kto by chciał po trzy, cztery razy dziennie. A jakie fajne rachunki będą 🙂

Ja osobiście zaczęłam dopiero dzisiaj. CZYTAJ WTOREK 9.00. Poszłam na basen, przesiliłam kostkę, poobijałam się po najróżniejszych autobusach i trafiłam w końcu na moje zajęcia. Pierwszą konserwę. I już czuję, że będzie ciężko. Chociażby dlatego, że chętnie pozostanę w grupie rozszerzonej mimo, iż nie ma to żadnch podstaw. No cóż. Czy ja już mówiłam coś na temat mojej ambicji?

  

Oj, zmęczona jestem. Warszawa jest taka duża. I tak się nią ciężko jeździ. Trzeba się przebijać, kombinować, przesiadać, no chyba że ktoś ma nadmiar czasu na stanie w korku. Nawet ci, którzy tworzą korek nie mają aż tyle czasu. Na razie poznaję powoli i tylko te elementa, kóre mi są niezbędne do funkcjonowania. Zresztą mieszkam na Żoliborzu. Przynajmniej na uczelnię nie mam daleko 😉

Moja nowa znajoma ma bliżej, bo u klarysek lub innych sióstr mieszka zaraz koło biblioteki uniwersyteckiej. Kiedyś narysuję mapkę, ale na razie mi się nie chcę. Jeszcze obiadu nie jadłam, a musze go sobie jeszcze upichcić. I TO JEST PROBLEM. A nawet powiem, że życie w Wawie to drożyzna! A zdzierają przede wszystkim sklepy społemowskie. Logiczne jest tylko chodzenie do tesco, carefula (jakkolwiek to się pisze) i lidlów innych. Inaczej to trzeba spadek jakiś otrzymać i to duży, żeby przetrwać. Podaję przykład. 1 kg pomidorów 6.99. Za pół kilo twarogu 7.00. Za 30 dag szynki 7.00. Przepraszam, ale robię zakupy na kolację i śniadanie i nagle się okazuje że 30 zł opłynęło.

Jestem świrem – wzięłam sobie wykład „Piktografia Majów” internetowo po angielsku.

Cóż jeszcze mogę dodać. Ano, że nienawidzę USOS. To jest straszne. Samodzielnie trzeba opanować trzy systemy i wszystko samemu dopilnować. Ale tak już będzie zawsze.

Acha, spotkałam dzisiaj mormonki i nawet umówiłam się na spotkanie w ich kaplicy na woli. Hm. I tak nie pójdę, bo mi się nie będzie chciało. Fascynujące, jak szybko można nauczyć się polskiego. Podobno przyjechały niedawno, a mówią całkiem nieźle. Nie biorąc pod uwagę tego, że kaleczą odmianę. Ale przecież nie mogę mieć im teog za złe 🙂

Koniec muszę się uczyć 😛 Poza tym w tak paskudny dzień musze być radosna i się uśmiechać. Czemu mam być nieszczęśliwa? Kiedy musze o siebie walczyć nie mogę wypuszczać z rąk mojego najważnieszego i najskuteczniejszego oręża – uśmiechu.

Reklamy
Następny wpis
Dodaj komentarz

2 Komentarze

  1. bruxa

     /  Październik 4, 2007

    :*

    musimy się jakoś zgadać i pogadać… najlepiej (czytaj najtaniej) wykorzystując internet…

    mnie też nikt nie słucha… każdy ma swoje problemy i brak czasu na posłuchanie o moich 🙂

    Odpowiedz
  2. latilen

     /  Październik 5, 2007

    musimy, musimy. Tyle że ja na razie nie mam dostepu osobistego do neta – obecnie jeden kabel na trzy komputery, a dla wygody (logowanie, przekształcanie, formatowanie itp.) tylko jeden (i to ne mój) podpięty. Żeby było klarowne w pokoju Ani na jej kompie korzystany z neta. Wchodząc jej na głowę itp.

    Więc musimy uzbroić się w cierpliwość 🙂

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: