2.08.2007

 

Północ. To już chyba raczej czwartek. Zresztą. Czuję się taka… przytłoczona. Można by powiedzieć, ludzie emocje są mi obce. Inni, kiedy dostaną się na studia – cieszą się. Raduje im się serce. Nie mogą się doczekać nowych znajomych, nowego środowiska, nowego… A ja się czuję zawieszona w próżni. Nic mnie tak naprawdę, do głębi nie obchodzi. Stałam się obojętna, zestresowana, zmęczona. Nic mi się nie chce. Właściwie mogłabym leżeć cały dzień w łóżku i nawet by mnie to zbytnio nie obeszło. Do niczego nie mogę się zabrać. Zarywam noce (podobno wakacje od tego są), potem przesypiam pół dnia. Czasem trochę poczytam, czarem trochę porysuję. Ot tak, dla zabicia czasu, który przepływa tuż obok. Przypuszczam, że to rodzaj wołania o pomoc. Albo odreagowanie liceum i matury. Zresztą, wszystko mi jedno <= o tym właśnie mówię. Mam nawet własną bezsilność tam, gdzie światło nie dochodzi. (chociaż empirycznie nie sprawdzałam. Mogłaby się nie zmieścić.)

Przypuszczam, że to wszytko mnie po prostu przeraża i przerasta, a jak każdy wie wielkim, tchórzem jestem. O tak. Potem nadejdzie faza „a walę to, będzie co będzie” i w końcu łapię byka za roki i zdzielam go pogrzebaczem (ale to w następnej scenie).

Jakoś mi to wszystko nie leży. Nawet zachowuję się antynormalnie (jeśli najpierw ustalimy co też w tej normie się mieści…). Przy robieniu tablo kratka na podłodze wyszła mi krzywo (o zwalonych daszkach własną dłonią wspominać już nie będę). Działa to wszystko na mnie arcy negatywnie. A Natalia z powodu tej cholernej rekrutacji też ma krótki lont. Powiedziała, że brzydko (inna sprawa, że narzeka  cały czas) i zamalowała (podłogę, bo wieżyczki sama doprowadziłam do stanu drugiej używalności, a Nama jeszcze poprawiła). Zabolało. Może to jakoś wyraz jej twarzy, spojrzenie, albo udzieliła mi się jej lekka irytacja, bo nerwy mi puściły przy kolejnej negatywnej ocenie (tak zrozumiałam opatrznie „dziwne niebo”) i rzuciłam, że jak się jej nie podoba to może sobie sama narysować (co jest zupełną głupotą, biorąc pod uwagę, że obowiązki już dawno zostały rozdzielone i niebo przypadło mi). Albo niech zmusi Namę.

Chwilę wczesniej bowiem (tak ze dwie godziny) okazało się, że Nama w Rzeszowie jak najbardziej jest, choć miało jej nie być i jeszcze ma humor pod psem, a nawet pod dwoma, bo MY się do niej nie odzywamy fonicznie lub smesowo, choć ona jest. Tylko szkoda, że nam nie powiedziała wcześniej.

Tak więc Nama siedziała obok ze średnio ciekawą minką, ja opatrznie rozumiałam to, co się do mnie mówiło, Tala była niezadowolona, a Madzia udawała, że nie widzi czytając Garfilda. Skończyło się tym, że odreagowałam na chmurach, które wyszły lekko paskudnie, ale mieściły się w normie. W ogóle tego dnia brakowało mi talentu. Teraz zupełnie tablo już skończone, bo mnie u nich dwa dni nie było i same pewnie już wszystko zaciapały. R.I.P. dla siebie nie przewiduję. Raczej R.

Drugie ukłucie dostarczyło mi krótkie wyznanie Namy, iż mojego nowego (czyt. tego) bloga (jak każda jeszcze niedoszła 20.-stka mam ich na pęczki i żadnym nie zajmuje się z odpowiednią troską) odwiedziła. Tak się zastanawiam ile przeczytała i jak bardzo sobie do serca to wzięła. Znając Namę, jeśli zauważyła, to sobie to to przyszpiliła do serca gwoźdźmi albo wkrętami i z lubością wykorzysta przy kolejnej scenie „nikt mnie nie lubi” (i znów będę miała wyrzuty, jeśli przeczyta ostatnie zdanie. Ja nie implikuję, że ona udaje czy chce coś osiągnąć, ale ja już nie mam siły na czyjąś depresję, zwłaszcza mając jeszcze moje akcje w podobny stylu – ostatnio się nasilają, jeśli piję. Może zostanę abstynentką? Ale tak bez przekonania?). Trudno. Słowo się rzekło, kobyła u płotu. A darowanemu koniowi z zęby się nie zagląda.

Do obłędu doprowadza mnie również perspektywa wyjazdu z ojcem, który kocha mnie jakąś cześcią swojej duszy (w końcu krew z krwi itd.), jednak zmienny to ci on jak pospolita baba. A jego stosunek do mojej osoby, można określi co najmniej jako przedmiotowy/przynieś, podaj pozamiataj. A przy okazji wyrzuty totalnie o wszystko, niezadowolony z każdego mojego zdania, a załatwianie wszystkiego przerzuca na mnie (np. kupowanie biletów samolotowych. Dobrze, że nie każe mi pilotować). Chce mi pokazać we Włoszech wszystko, a tym czasem moje przyszłe współlokatorki załatwią mnie na czysto jeśli chodzi o mieszkanie.

A już nimi się dogadać jakoś dokładniej to graniczy z cudem.

Całkowity chaos i ja w samym środku. Chyba zacznę cieszyć się z tego szaleństwa. Pasowałoby jak ulał.

Nadmienię jeszcze kilka faktów: dostałam nową komórkę i zaczęłam grzecznie nosić ją za sobą na sznurku, aby normalnie odbierać telefony – niestety mojej Nokii nie da się odbierać, kiedy owa jest rozładowana (a wtedy ludzie lubią dzwonić najczęściej, ech.). Cierpieć zacznę, kiedy nadejdzie rachunek z tego miesiąca; muszę zacząć się pakować, ale dopóki nie uporam się choć trochę z tym chaosem bałaganowym zajmującym szczelnie moją podłogę nic z tego; cierpię na nadmiar miłości i potrzebuję jakiegoś osobnika płci brzydkiej do przelania owego uczucia. Niestety ochotników brak (pod uwagę NIE BIERZEMY przypadków zaczynających się od słów „a może o tym nie wiesz…”); okazało się, że nie potrafię sama z siebie mówić konkretnie czym przyprawiam słuchaczy o lekkie zniecierpliwienie, a siebie o lekkie stany poddepresyjne.

I co jest do cholery z tym moim ciągłym przejmowaniem się zdaniem innych?! Od początku szła własną ścieżką, ale przez tę cholerę jakoś strasznie nadkładam drogi i podoczne krzaki przedeptuję.

Czy da się gdzieś kupić kilo zdecydowania z domieszką, dość znaczną, siły woli? Obecnie cierpię na znaczny niedobór. Informacje przesyłajcie na adres mailowy. Z góry dziękuję.

Decyzję o kierunku studiów pozwoliłam podjąć za siebie (patrz wyżej).

Pewnie jutro w końcu wezmę tyłek w troki, wyślę oświadczenie rezygnacji ze studiów we Wrocku i pójdę ocenić pracę nad tablem. Dodam otuchy Tali (tak, tak ładnie), załatawię do końca wyjazd i z mocnym postanowieniem poprawy zapomnę o śmiertelności człowieka i ruszę w Bieszczady. Potem zwiedzę Włochy, przeprowadzę się do Wawy i zawalona robotą zapomnę o moim byłym stanie.

Co prawda wyjazdy mi się jakoś średnio mieszczą, ale w końcu tu się przytnie, tam się przyklei, a i tak wszystko unormuje się dopiero po praniu 🙂

Mam nadzieję, że jednak czasoprzestrzeń daje się zakrzywiać/rozciągać.

0:48 Kolorowych koszmarów życzę wszystkim.

Reklamy
Dodaj komentarz

1 komentarz

  1. bruxa

     /  Sierpień 5, 2007

    jak będziemy mieć dużo czasu na rozmowy (czyli od jutra), to pogadamy, co się tu będę rozpisywać… pożalimy się, posmęcimy i pośmiejemy na żywo.

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: